Od obywatelki
Ranek, telefon, Warszawa. Esej o prywatności, która nie jest już kwestią prawa.
Pierwszoosobowa relacja z codziennego życia cyfrowego w 2026 roku — o mObywatelu, Signal zamiast WhatsAppa, córce na TikToku i telefonie, który wyłączam na spotkaniach nie dlatego, że ktoś mnie śledzi, tylko dlatego, że mógłby.
Budzę się o wpół do siódmej, jeszcze zanim zadzwoni budzik. Telefon leży na komodzie — odłożony tam wieczorem zgodnie z postanowieniem, którego nie dotrzymuję konsekwentnie od dwóch lat. Biorę go, bo tak wygląda mój rytuał. Jeszcze przed pierwszą myślą, zanim otworzę oczy naprawdę, widzę: siedem powiadomień z WhatsAppa (rodzinna grupa, ktoś wysłał zdjęcia wnuczki o piątej rano), dwa z Signala (przyjaciółka z Krakowa, o której wiem, że nie śpi tej nocy), jedno z mObywatela (powiadomienie o mandacie, którego spodziewałam się od tygodnia), trzy z Instagrama (algorytm uznał, że o szóstej czterdzieści powinnam zobaczyć reklamę kurtki puchowej na wiosnę 2026), jedno z Allegro (zostawiłam coś w koszyku trzy dni temu), dwa z kalendarza Google (dentysta, spotkanie rodziców w szkole).
Leżę jeszcze chwilę z telefonem w dłoni. Zaczynam od Signala, bo tam są rzeczy, które chcę przeczytać. Potem WhatsApp, bo tam są ludzie, których kocham, a którzy nie przeszli na Signala i nie przejdą, bo po co. Potem mObywatel, bo państwo. Potem Instagram, bo ja też tam jestem, choć obiecuję sobie co kilka miesięcy, że przestanę. Piętnaście minut — i wiem już o świecie tyle, ile potrzebuję, żeby zacząć dzień. Równocześnie cztery czy pięć firm wie o mnie tyle, że gdyby chciały, zrekonstruowałyby mój poranek z dokładnością do minuty.
Co widzę, czego nie widzę
Mam trzydzieści siedem lat, mieszkam w Warszawie, pracuję w fundacji zajmującej się kulturą — to znaczy, że jestem osobą, która na co dzień pisze maile, prowadzi kalkulacje w arkuszach Google, robi telekonferencje przez Teamsy albo Meet, publikuje posty na stronie organizacji w WordPressie, zamawia papier do drukarki w biurze przez Allegro Biznes. Moja praca jest cyfrowa w takim stopniu, w jakim była nią praca urzędniczki dwadzieścia lat temu papierowa: całkowicie. Nie wyobrażam sobie dnia bez monitora. Nie wyobrażam sobie tygodnia bez mObywatela — mam tam prawo jazdy, dowód, mLegitymację, e-receptę, rozliczenia z ZUS-em, czasem szkolne dzienniki dzieci. mObywatel jest aplikacją, której nie mogę nie mieć; to jest wybór, który w zasadzie nie jest wyborem.
Widzę więc to, co pokazuje mi ekran: kalendarz wypełniony, maile przeczytane, wiadomości przeczytane, story obejrzane, artykuły zapisane na później, których nigdy nie przeczytam. Nie widzę — i nie umiem zobaczyć, bo nie da się — tego, co dzieje się pod spodem. Nie wiem, ile razy w ciągu tego poranka moja lokalizacja została przekazana do serwera Google'a. Nie wiem, który z kontaktów, który dostaję od Meta, pochodzi z tego, że wczoraj rozmawiałam z koleżanką o jej kocie — nie pisałam, rozmawiałam — i czy rzeczywiście wydarzyło się to, co myślę, że się wydarzyło, czy to moja projekcja. Nie wiem, które z moich danych Allegro sprzedało, a które po prostu uprzejmie podzieliło się z „partnerami marketingowymi". Nie wiem, co naprawdę wie o mnie moja aplikacja Stravy, której używam, bo jeżdżę na rowerze, i która ma pełną mapę moich tras przez cztery lata — trochę mniej niż pełną mapę mojego życia.
Dwadzieścia lat temu pisałam list do przyjaciółki i wiedziałam dokładnie: ona go przeczyta, być może jej matka przejrzy przez ramię, być może ona pokaże go komuś — i to już wszystko. List kończył swoje życie w jej szufladzie albo w koszu. Dzisiaj wysyłam jej zdjęcie z wakacji przez WhatsAppa i mam bardzo mętne pojęcie, kto jeszcze to zdjęcie widzi, kto ma do niego metadane, kto będzie miał je za dziesięć lat, kiedy moja córka będzie szukać pracy, a ktoś przyjrzy się jej matce i jej matki znajomym. Nie wiem. Nie ja zdecydowałam, że tego nie będę wiedzieć; po prostu weszłam w strukturę, w której to nie jest przewidziane, żebym wiedziała.
Kiedy zaczęło mnie to obchodzić
Zaczęło mnie to obchodzić w grudniu 2021 roku, konkretnie 20 grudnia, kiedy Citizen Lab i Associated Press opublikowały listę trzech polskich numerów zaatakowanych Pegasusem: Krzysztof Brejza, Roman Giertych, prokurator Ewa Wrzosek. Pamiętam, że siedziałam w kuchni, czytałam na ekranie telefonu, i pomyślałam dwie rzeczy naraz. Pierwsza była spodziewana: „To jest poważne". Druga była niespodziewana i to ona mnie zatrzymała: „To jest telefon, na którym to czytam". W tej samej chwili trzymałam w dłoni dokładnie takie urządzenie, jakie było punktem wejścia. Mój telefon nie był telefonem Brejzy — ja nie jestem żoną lidera opozycji, nie jestem prokuratorką, nie byłam w 2019 roku w żadnym miejscu, gdzie CBA miałoby powód, by zainteresować się moim urządzeniem. Prawdopodobnie, bardzo prawdopodobnie, nie byłam celem.
Ale od tamtego grudnia w moim stosunku do telefonu zmieniło się coś, czego do końca nie umiem nazwać. Nie zaczęłam zakładać folii na kamerę jak niektórzy znajomi. Nie kupiłam Graphene'a ani nie wywaliłam iPhone'a do rzeki Narwi. Jeszcze bardziej zaczęłam jednak — i to jest sedno — zdawać sobie sprawę, że to urządzenie nie jest neutralne. Że to nie jest radio. Że niezależnie od tego, czy ktoś mnie teraz obserwuje, ktoś może. Że zdolność, którą dysponują polskie służby — jedenaście z nich, z czego pięć specjalnych (ABW, AW, CBA, SKW, SWW), według raportu Osiodłać Pegaza — jest zdolnością realną, nie hipotetyczną. Że jeśli raz w życiu wezmę udział w proteście, napiszę ostrzejszego maila do urzędnika, zaangażuję się w kampanię wyborczą kandydatki, która rządowi się nie spodoba — to prawdopodobieństwo niby-abstrakcyjne przestaje być abstrakcyjne.
Zaczynam wyłączać telefon na spotkaniach nie dlatego, że myślę, że mnie śledzą. Zaczynam wyłączać telefon dlatego, że myślę, że mogą.
Tę różnicę zapamiętałam. Ona jest mała, ale ona zmienia wszystko. Prywatność w Polsce w 2026 roku nie jest kwestią tego, czy ktoś cię rzeczywiście inwigiluje. Jest kwestią tego, czy wiesz, że mógłby, i co to robi z twoim zachowaniem. Nazywa się to efekt chłodzący (chilling effect) — termin, który kiedyś kojarzył mi się z orzecznictwem amerykańskiego Sądu Najwyższego, a teraz kojarzy mi się z moim własnym mózgiem.
Koszt wyłączenia się, koszt bycia w
W 2018 roku, kiedy wybuchła sprawa Cambridge Analytica (w tej bazie jest to karta A02), na chwilę wszyscy byli wzburzeni. Mark Zuckerberg siedział przed Kongresem, Christopher Wylie dawał wywiady, Guardian publikował kolejne odcinki. Wtedy usunęłam Facebooka — albo raczej zawiesiłam, bo Facebook ma jedną cechę, której nie znosi: trudno tam po prostu odejść. Siedziałam bez Facebooka trzy miesiące. Przegapiłam zaproszenie na ślub dalszej kuzynki, która wysyłała je wyłącznie przez Messenger; dowiedziałam się o tym od matki, ślub był już tydzień wcześniej. Przegapiłam zbiórkę na chemioterapię dla dziecka znajomych, bo wydarzenie było wyłącznie na FB. Przegapiłam informację, że szkoła mojej córki organizuje spotkanie informacyjne — klasowa grupa była na Messengerze i nikt się nie zorientował, że mnie nie ma, bo dawno przestałam być widoczna.
Wróciłam. Nie z rezygnacji, ale z rachunku — trzy miesiące wyłączenia się kosztowały mnie więcej niż trzy miesiące bycia w sieci kosztowało wtedy mojej prywatności. Facebook jest w Polsce infrastrukturą społeczną, nie medium. Jeśli nie ma cię na Messengerze, nie ma cię w grupach rodzicielskich; jeśli nie ma cię w grupach rodzicielskich, nie wiesz, kiedy dziecku wychodzi klasówka. To nie jest wybór między dwoma równoważnymi opcjami. To jest wybór między uczestnictwem a systematyczną marginalizacją.
W 2021 ujawniono papiery Frances Haugen (karta A05 w tej bazie). Przeczytałam wtedy jej zeznanie przed Senatem dwa razy, raz w oryginale, raz w polskim przekładzie. I znów: na chwilę panika, potem rachunek. Córka miała jedenaście lat i jeszcze nie używała Instagrama. Miała dwanaście, trzynaście, czternaście. Teraz ma szesnaście, ma Instagrama, ma TikToka, miała Snapchata, którego nie używa. Mam z nią rozmowę o tym raz na kilka miesięcy — nie kazanie, rozmowę — i co za każdym razem docieram do ściany, którą chyba zna każda matka nastolatki: „Mamo, ja wiem, ale moje koleżanki tam są". Ta ściana jest ta sama, co w moim przypadku z Facebookiem dwadzieścia lat później. Nie da się być w świecie i nie być w platformie, która jest infrastrukturą tego świata — nie w 2026, nie w Polsce, nie mając ludzi, których chcesz trzymać blisko.
Haugen pokazała, że Meta wiedziała, co Instagram robi z obrazem ciała u nastolatek, i nic z tym nie zrobiła. Córka wie, że wiem. Nastawiłam jej ograniczenia ekranowe, które sama obchodzi, i oboje to wiemy. Mam iluzję kontroli. Nie mam kontroli. Mam tylko rozmowę — częstą, naiwną, nudną dla niej, niemożliwą do odpuszczenia dla mnie.
Aplikacje, z których nie można nie korzystać, i te, z których można
W mojej codzienności są aplikacje, których nie mogę nie mieć. mObywatel — bo państwo. e-Deklaracje, ePUAP, profil zaufany — bo podatki, wnioski, wszystko inne. BLIK — bo płacenie telefonem jest już w Polsce normą, a ja nie noszę przy sobie karty, którą zgubiłam w wakacje 2023 i nigdy nie przyszło mi do głowy jej odtwarzać. mBank, który ma o mnie tyle danych, ile miało ZUS, NFZ i urząd skarbowy razem wzięte dwadzieścia lat temu. Allegro — bo nie mam samochodu i nie pojadę do Decathlonu po buty do biegania. e-Recepta — bo lekarka nie wydaje już recept papierowych i szczerze mówiąc, świetnie; nic nigdy się nie gubi.
Wobec tego rejestru nie mam iluzji. Państwo polskie ma o mnie więcej danych, niż miało PRL o moich rodzicach. To nie jest powód do paniki — PRL miał ich znacznie więcej, niż im się wydawało, a dostęp do tych danych w 2026 roku jest z punktu widzenia praworządności lepiej regulowany niż kiedykolwiek wcześniej. Jest jednak powód do uwagi: że infrastruktura, której używam codziennie, jest infrastrukturą, którą polityczna zmiana może w ciągu miesięcy przestawić. Retencja danych telekomunikacyjnych — według raportów Panoptykonu około dwóch milionów zapytań służb rocznie, bez kontroli sądowej — jest już rzeczą dokonaną. To nie jest scenariusz, to jest obecny stan.
Ale są też aplikacje, których nie muszę mieć. Signal zamiast WhatsAppa tam, gdzie mogę. Proton Mail zamiast Gmaila dla spraw, które muszę trzymać osobno — praca w fundacji, prywatne konto. DuckDuckGo jako wyszukiwarka domyślna w Firefoxie, choć przyznaję ze skruchą, że jak szukam przepisu na risotto, to i tak wracam do Google, bo DuckDuckGo nie wie, że lubię te dodatki, których ja też na razie nie wiem, że lubię. Firefox zamiast Chrome'a, z uBlock Origin i tym zestawem ustawień prywatności, który kiedyś konfigurowałam dwa wieczory, a teraz wystarczy mi klikanie „tak" w kreatorze przy instalacji. Apple zamiast Pixela, bo nie wierzę w nieskazitelność Apple, ale wierzę w to, że ich model biznesowy na mnie nie zarabia — zarabia na mnie, kiedy kupuję telefon, a potem już nie, i to czyni różnicę.
Strava tak, ale z prywatnym profilem, ze strefą ukrywającą okolicę domu w promieniu trzystu metrów — po tym jak w 2018 ujawniono, że publiczne mapy ciepła Stravy odkryły położenie amerykańskich baz wojskowych, uznałam, że sama mogę zrobić mniej ambitny akt bezpieczeństwa i schować swoje miejsce zamieszkania przed losowymi znajomymi z jednego joggingu w Kampinosie. TikToka nie mam (karta E02 — dzieci). Clubhouse'a mam na dnie szuflady zapomnienia. LinkedIn mam, bo praca; zdjęcie sprzed pięciu lat, biogram rzeczowy, żadnych „thought leadership posts". Twitter — przepraszam, X — odinstalowałam w 2024 roku i nie wróciłam, co jest pewnie największą jakościową zmianą w moim życiu cyfrowym w ostatniej dekadzie, niewspółmiernie większą niż jakiekolwiek ustawienia prywatności.
O niekonsekwencji
W tym miejscu powinnam napisać coś budującego, ale prawda jest inna: jestem niekonsekwentna do bólu. Mam Signal, ale większość mojej korespondencji idzie przez WhatsApp, bo tam są ludzie. Mam DuckDuckGo, ale Google Maps są tak dobre, że nie umiem się od nich oderwać, i za każdym razem, kiedy zamiast nich próbuję Apple Maps, coś się psuje i wracam. Mam Proton Mail, ale mój Gmail ma osiemnaście lat i trzysta tysięcy maili, i ja nie zmienię adresu e-mail, bo ludzie piszą tam do mnie z 2012 roku, a ja nie chcę stracić nawet jednej z tych wiadomości. Mam ustawienia prywatności na Meta pouprzątane tak, jak to możliwe, ale wciąż wracam na Instagrama, żeby zobaczyć, co u znajomych, którzy mają tam dzieci, chociaż wiem, że algorytm obejmie mnie w kleszcze reklam przez kolejne dwa dni.
Nie jestem modelową użytkowniczką, bo nikt nie jest. Modelowa użytkowniczka jest retoryczną konstrukcją, którą wymyślili ci, którzy chcieli obarczyć obywatelkę odpowiedzialnością za strukturę, której sama nie zbudowała. W 2019 roku Katarzyna Szymielewicz z Panoptykonu ukuła termin „cyfrowa biomasa" na określenie statusu, w jakim Big Tech trzyma swoich użytkowników. To jest termin ostry i dokładny. Nie jestem klientką Mety — klientami Mety są reklamodawcy. Jestem surowcem. Nie jestem też nic niewiedzącą ofiarą — wiem dokładnie, co się ze mną dzieje, przynajmniej w zarysach. Ale świadomość roli nie jest tym samym co moc zmiany roli.
Nie mam zamiaru się biczować za to, że korzystam z Instagrama i z Gmaila. Moja babcia w latach siedemdziesiątych chodziła do Społem mimo że wszyscy wiedzieli, czym było Społem; mama w latach dziewięćdziesiątych brała kredyt w banku, o którym wiedziała, że jest w co najmniej szarej strefie. Żyjemy w strukturach, które nas przerastają, i poruszamy się w nich z taką ostrożnością, na jaką nas stać, nie zawsze najwyższą, bo najwyższa kosztuje więcej energii, niż mamy. To nie jest tłumaczenie. To jest po prostu opis stanu.
Pegasus jako cień
Wracam do Pegasusa, bo on jest w tym tekście jak figura w polu: widać go albo się nie widzi, ale zawsze jest. Raport końcowy sejmowej komisji śledczej opublikowany w 2024 roku — spokojny, metodyczny dokument — kończy się wskazaniem, że w Polsce w latach 2017–2022 systemem Pegasus zainfekowano przynajmniej 578 urządzeń. Pięćset siedemdziesiąt osiem. Obsługujący Pegasusa pracowali z mniejszym nadzorem niż kasjerzy w Biedronce. Rzecznik Praw Obywatelskich napisał w 2021 roku jedno bardzo zwięzłe zdanie, które powinno być wygrawerowane nad wejściem do każdego ministerstwa: „Pegasusa nie da się pogodzić z polskim prawem". A Pegasus był. Pięćset siedemdziesiąt osiem razy był.
Nie wiem, czy Pegasus dalej jest, w nowej wersji, pod inną nazwą. Nie wiem, kogo nowy rząd — jakkolwiek się nazywał w 2027 — zechce sprawdzić. Pegasus nie skończył się wraz ze zmianą władzy w 2023 roku, bo nie na tym polega problem narzędzi inwigilacji. Problemem jest to, że raz kupione narzędzie staje się infrastrukturą, a infrastruktura przeżywa rządy. Centralne Biuro Antykorupcyjne nie przestanie istnieć dlatego, że zmieniła się koalicja. Arsenał będzie leżał w magazynie, aż ktoś uzna, że czas go użyć.
Jako obywatelka trzymam w dłoni telefon, który może być celem. To wystarczy, żeby zmienić moje zachowanie o jedno piętro w dół. Zaczynam wyłączać telefon, kiedy siadam do rozmowy, o której wolałabym, żeby została między mną a moim rozmówcą. Nie zabieram telefonu na spotkania z dziennikarzami, którzy piszą o rzeczach wrażliwych. Przestałam wysyłać przez WhatsApp rzeczy, których nie chciałabym zobaczyć na czołówce „Newsweeka" — nie dlatego, że spodziewam się, że tam trafią, ale dlatego, że w 2021 roku trafiły tam esemesy Brejzy. Czytałam te esemesy. Każda osoba w Polsce, która czytała te esemesy, zawiera od tamtego czasu w sobie tę lekcję, niezależnie od tego, czy ją artykułuje, czy nie.
Czy mam prawo oczekiwać prywatności
Myślałam o tym długo. Myślałam tak: prywatność to jest prawo, które jest mi przysługujące, i mogę się o nie upomnieć. Ale im dłużej żyję w tej codzienności — mObywatel przed wejściem do ZUS-u, Instagram przed zaśnięciem, WhatsApp podczas kawy z matką — tym bardziej mi się wydaje, że ta rama jest nie do końca trafna. Prywatność nie jest dzisiaj w Polsce prawem, które można by wyegzekwować tak, jak można wyegzekwować niezaleganie urzędu z zapłatą faktury. Prywatność jest warunkiem pewnego rodzaju życia.
Jeśli chcę pisać do przyjaciółki zdania, których nie napisałabym, wiedząc, że czyta je Google — potrzebuję takiego kanału. Jeśli chcę się spotkać z kimś bez cienia, że ta lokalizacja zostanie w metadanych przez najbliższe pięć lat — potrzebuję umieć ten cień zminimalizować. Jeśli chcę mieć córkę, która dorośnie z chociaż iluzją, że jej tożsamość nie jest produktem od zerówki — muszę to dla niej zrobić, wiedząc, że mi się nie uda, bo ona ma już Instagrama i ja ją na niego wypuściłam, bo jej koleżanki tam są. Jeśli chcę mieć tę chwilę rano, kiedy nikt, łącznie ze mną samą, nie wie, co myślę — muszę zostawić telefon na komodzie i nie brać go do ręki przez pierwsze pół godziny dnia.
To nie jest kwestia prawa. To jest kwestia dyscypliny, której nie zawsze mam, i przestrzeni, której czasem nie ma. Panoptykon w 2025 roku wystąpił z precedensowymi wnioskami przeciwko retencji danych telekomunikacyjnych — i to jest praca, którą może zrobić tylko organizacja, nie ja. Wojciech Klicki i koledzy robią rzeczy, których ja nie mam warsztatu zrobić. Ale nawet jeśli wygrają w TSUE — a być może wygrają, w 2027, w 2028 — to nie znaczy, że następnego dnia moje życie cyfrowe stanie się spokojniejsze. Wygrają jedną rzecz. Będzie dziesięć następnych.
Wspieram ich comiesięcznym przelewem trzydziestu złotych, bo tyle jestem gotowa zapłacić za to, żeby ktoś po mojej stronie robił to, czego ja nie robię. Trzydzieści złotych to jest mniej niż Netflix. Mniej niż Spotify Premium. Mniej niż drugie śniadanie z koleżanką w Bar Prasowy. Nie jest to kwota, która mnie wzrusza; jest to kwota, której symetria mnie wzrusza — bo naprzeciwko moich trzydziestu złotych stoi lobby Meta w Brukseli, które w 2025 roku wydało około pięćdziesięciu milionów euro na to, żeby zdzwonić DSA. Naprzeciwko moich trzydziestu złotych stoi NSO Group, sprzedające Pegasusa każdemu, kogo stać. Moje trzydzieści złotych nie zrównoważą tego nigdy. Ale zrównoważą siebie same. Będą miesiąc, w którym jestem po swojej stronie.
Ranek, Warszawa, 2026
Wstaję w końcu z łóżka. Telefon zostawiam na komodzie, chociaż bardzo chcę go wziąć. Idę do kuchni, nastawiam wodę, otwieram okno na Krakowskie. Na ulicy jeszcze pusto, pani z Żabki wystawia krzesła przed lokalem, pani, której nigdy nie spytałam o imię, ale która zna mój codzienny rytm lepiej niż mój algorytm na Instagramie. Wracam do pokoju, biorę telefon — bo już nie wytrzymałam — i na dwie godziny zostawiam go twarzą do dołu.
Prywatność w 2026 roku nie jest dla mnie prawem, które się po prostu ma. Prywatność jest ćwiczeniem. Ćwiczeniem wielokrotnym, dziennym, drobnym, które wygląda jak szereg nieistotnych decyzji: zostawić telefon w innym pokoju, wybrać Signal zamiast WhatsAppa, nie podać numeru telefonu w Empiku za kartę stałego klienta, nie klikać „zapamiętaj mnie" w formularzu, z którego korzystam raz na trzy lata. Jedna decyzja nic nie znaczy. Sto decyzji nic nie znaczy. Ale nic nie znaczenie stu decyzji jest, w moim wewnętrznym rachunku, czymś zasadniczo innym niż nic nie znaczenie zera decyzji — bo między tymi dwoma jest pamięć, że o pewnych rzeczach myślałam.
Mam siedemdziesiątletnią matkę, która nie ma smartfona i nie chce mieć. Ma nokię 3310 z 2001 roku, która jeszcze działa. Kiedy jej zeszłego lata pokazałam mObywatela — bo czekała na wizytę u kardiologa i chciałam jej zarezerwować przez IKP — powiedziała: „To ja nie chcę". Nie w sensie, że nie chce wizyty. W sensie, że nie chce mObywatela. Nie umiałam jej wtedy nic odpowiedzieć. Wolałabym czasem być nią niż sobą, ale wiem, że nie zamieniłabym się z nią na żadnych warunkach. Bo wybór między życiem w pełni wewnątrz a życiem w pełni na zewnątrz nie jest w rzeczywistości wyborem — pełne wyjście kosztuje za dużo i zabiera ze sobą rzeczy, których nie umiem oddać.
Jest coś pomiędzy. To pomiędzy wygląda jak ranek w Warszawie w kwietniu 2026 — telefon na komodzie, woda w czajniku, Krakowskie za oknem, sześćset pięć czy sześćset sześć aplikacji na tym telefonie, z których połowy nie używam, a druga połowa używa mnie. Wiem, że to robią. I wciąż wstaję. I wciąż wybieram to pomiędzy. Nie dlatego, że jestem dzielna. Dlatego, że — tak jak wszyscy w mojej generacji — nie wiem, jak zrobić inaczej, a jeszcze chcę mieszkać w tym samym świecie, co wszyscy inni. Prywatność stała się dla mnie domową praktyką, nie prawem. I to jest, być może, jedyna rzecz, którą z tej lektury naprawdę potrafiłam wziąć.