EN

Od autorów

To nie są wyjątki. To jest matryca.

Dlaczego robimy archiwum 33 spraw, dlaczego po polsku, dlaczego teraz — i dlaczego użytkownik Big Techu nie jest klientem, tylko surowcem.

15 minut czytania

W marcu 2018 roku dziennikarze Observera i New York Timesa ujawnili, że firma Cambridge Analytica wykorzystała 87 milionów profili Facebooka do psychograficznego targetowania wyborców w dwóch kampaniach, które przeorały zachodnią politykę na całą dekadę: w kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa w 2016 i w referendum brexitowym. Nie była to akcja marginalna. Była narzędziem, którym zespół Roberta Mercera i Steve'a Bannona operował na skalę, jakiej poprzednia generacja politologów nie uznałaby za wykonalną. Dominująca rama interpretacyjna, która zdominowała tygodnie po ujawnieniu, dała się streścić w trzech krokach: ktoś się zachował źle, ktoś zostanie ukarany, system się poprawi. Tydzień po pierwszej publikacji polska prawniczka Katarzyna Szymielewicz — prezeska Fundacji Panoptykon, która od 2009 roku dokumentowała infrastrukturę nadzoru w Polsce — napisała tekst, który w rodzimym dyskursie rozbił tę ramę na drzazgi. Tekst nosił tytuł To nie błąd, tylko logiczna konsekwencja modelu biznesowego Facebooka. Pojawiło się w nim zdanie, które od tamtej pory obrosło całą dekadą polskiej debaty o platformach.

„W mediach społecznościowych naprawdę funkcjonujemy jak ludzka biomasa — przetwarzana w celach, które wyznacza ktoś inny — a nie jak klienci i odbiorcy informacji."

Biomasa. Nie klient, nie konsument, nie użytkownik. Substrat. Surowiec, z którego wyciska się coś, co ma wartość na rynku i czego wytwarzania nie kontrolujemy. Przez następne osiem lat ta metafora miała się rozrastać — w eseju Bunt cyfrowej biomasy (2020), w wywiadach w Gazecie Wyborczej i Spider's Web, w manifeście A New Deal for Data, który Szymielewicz opublikowała w listopadzie 2019 na Medium. W tej bazie wracamy do niej nieprzypadkowo. To nie jest figura retoryczna. To jest precyzyjny opis pozycji, którą zajmuje każdy z nas w ekonomii 33 spraw zebranych w tym archiwum.

Dziewięć lat po Cambridge Analytica wiemy z dużą pewnością, że ówczesny wyciek nie był wyjątkiem, nie był błędem, nie był problemem kultury organizacyjnej jednej firmy. Meta zapłaciła w 2019 roku 5 miliardów dolarów kary Federalnej Komisji Handlu. Tydzień później akcje firmy wzrosły o 1,8 procenta. Rynek odczytał rekordową w historii FTC sankcję jako rozładowanie niepewności: bano się, że będzie gorzej. W 2023 roku irlandzki DPC nałożył na Metę 1,2 miliarda euro kary za transfery danych do USA — największą w historii RODO. To jest 0,7 procenta rocznego przychodu firmy. Mandat za przekroczenie prędkości o dwadzieścia kilometrów na godzinę jest dla zarabiającego średnią krajową odczuwalny proporcjonalnie silniej.

To nie jest anegdota. To jest teza, wokół której zbudowana jest ta baza. Jedno z czterech wprowadzeń — napisane przez prawnika — rozkłada ekonomię kar na czynniki pierwsze. Drugie — od organizacji praw cyfrowych — pokazuje, dlaczego debata o „prywatności" jest debatą nie o komforcie użytkownika, ale o władzy. Trzecie — od obywatelki — przekłada to na porządek codzienny. Ten, który czytacie teraz, jest pierwszy: manifest redakcyjny. Wyjaśnia, dlaczego 33 sprawy, dlaczego w archiwum, dlaczego po polsku, i dlaczego w 2026 roku.

Dlaczego 33, a nie 3000

Każda z 33 spraw w tej bazie była w swoim czasie opisana w mediach. Kilka — Cambridge Analytica (A02), Facebook Files Frances Haugen (A05), Pegasus, Clearview AI (E05) — stało się wydarzeniami globalnymi i trafiło na okładki. Pozostałe zostały potraktowane jak informacje cyklu dobowego: pojawiły się, zajęły miejsce przez pół dnia, zniknęły pod napływem nowych. Dla przeciętnego czytelnika sprawa Location History Google'a (B04), sprawa kamer Amazon Ring udostępnianych amerykańskiej policji bez nakazu (D01), sprawa Greyballa — wewnętrznego narzędzia Ubera do blokowania regulatorów w miastach, w których operował nielegalnie (D05) — to luźne, niepowiązane ze sobą fakty. Ich wspólną logikę łatwo przeoczyć. Prasa jest do tego przystrojona: dostaje informację, opisuje ją, porzuca i przechodzi do następnej. To nie wada mediów. To ich konstytucja.

Naszą tezą jest, że związku między tymi sprawami nie da się zobaczyć z perspektywy pojedynczej historii. Widać go tylko, kiedy postawi się je obok siebie — jak w muzealnej gablocie, jak w katalogu precedensów, jak w archiwum. 33 sprawy pogrupowane według firm, jurysdykcji, mechanizmów i podstaw prawnych pokazują nie trzydzieści trzy przypadki, lecz jeden wzorzec, który powtarza się z systematycznością produkcji przemysłowej.

Wzorzec wygląda następująco. Firma wprowadza funkcjonalność, która generuje wartość biznesową i jednocześnie narusza prawo albo standard etyczny. Funkcjonalność działa rok, dwa, pięć. Sygnalista, dziennikarz albo regulator ją ujawnia. Firma reaguje w sekwencji: zaprzeczenie, przeprosiny, obietnica reformy, rotacja zespołu PR, kara finansowa zaksięgowana jako koszt operacyjny. W międzyczasie wprowadzana jest nowa funkcjonalność w podobnej szarej strefie. Cykl się zamyka. Nazywamy to matrycą — stąd tytuł portalu.

Dlaczego 33, a nie 3000? Bo 3000 to jest szum. 33 to jest ziarno. Zbyt mało spraw — i tracimy to, co pokazuje, że mamy do czynienia z systemem, nie z anomaliami. Zbyt wiele — i czytelnik się rozprasza, gubi różnice między kategoriami, traktuje wszystko jak jedną rozmytą plamę. Liczba 33 wyłoniła się z metodologii, nie z symboliki: tyle udało się nam wybrać spraw, które (a) mają zamknięte lub rozwijające się postępowanie prawne, (b) są udokumentowane w co najmniej dwóch niezależnych źródłach pierwotnych, (c) reprezentują inny mechanizm niż pozostałe i (d) miały regulacyjne albo społeczne następstwa wykraczające poza jedną firmę. Karty są pogrupowane w pięć bloków: Meta (10 spraw), Google (6), Apple–Microsoft–LinkedIn (5), Amazon i Uber (6), TikTok–X–Clearview–Zoom (6). W sumie dwanaście firm. Cztery kontynenty.

Storage i story — co jest zapisane, a co wywnioskowane

W manifeście A New Deal for Data Szymielewicz wprowadziła rozróżnienie, które jest dla naszej bazy kluczowe. Firmy platformowe, pisze, kontrolują dwie warstwy danych o użytkowniku. Pierwsza to storage — wszystko, co zapisane: treści, które wrzuciłeś, polubienia, wiadomości, metadane logowań, adresy IP, listy znajomych. To są dane surowe. RODO daje do nich dostęp — artykuł 15, prawo do wglądu. Bojowi użytkownicy potrafią pobrać swoje archiwum z Facebooka i rozpakować go na własnym dysku. Mieści się w kilkunastu gigabajtach.

Druga warstwa — story — jest nieporównywalnie cenniejsza, a jednocześnie znacznie mniej widoczna. To są wnioski. Profile marketingowe, predykcje behawioralne, klasyfikacje wrażliwe: „podatny na uzależnienia", „niedawno rozwiedziona", „prawdopodobnie w żałobie", „na skraju depresji", „właśnie zaszła w ciążę i jeszcze tego nie ogłosiła". Tych kategorii jest w wewnętrznych systemach reklamowych platform — jak pokazały wycieki do Reutersa i wewnętrzne dokumenty Mety — dziesiątki tysięcy. Użytkownik widzi pięćdziesiąt niegroźnych („lubi gotowanie", „interesuje się podróżami"). Reklamodawca widzi całą paletę.

„Nawet gdybyśmy usunęli wszystkie surowe dane, które o nas zebrano, potężne modele statystyczne, które zostały już zbudowane, nie znikną. Dopóki ich nie zakwestionujemy, gra o wpływ toczy się dalej." Katarzyna Szymielewicz, A New Deal for Data, listopad 2019

Rozróżnienie storage i story ma bezpośrednie konsekwencje dla lektury tej bazy. Sprawa Emotional Contagion (A06) — eksperyment Facebooka z 2014 roku, w którym bez zgody użytkowników manipulowano treścią ich feedów, żeby zmierzyć wpływ na nastrój — nie jest sprawą o wyciek danych. Jest sprawą o wywnioskowany model. W 2022 roku Fundacja Panoptykon wraz z Piotrem Sapieżyńskim z Northwestern University powtórzyła ten mechanizm empirycznie w eksperymencie Algorytmy traumy: użytkowniczka, która publicznie zadeklarowała, że przechodzi kryzys, zaczynała dostawać co piątą reklamę z kategorii „zdrowie psychiczne" — schudnięcia, leki, aplikacje terapeutyczne, diety. Nawet miesiąc świadomego wysiłku — klikania „nie interesuje mnie", blokowania reklamodawców, zmiany zachowania — nie zmieniał istotnie tego, co Facebook jej pokazywał. Model wiedział lepiej.

Podobnie działa sprawa Location History Google'a (B04), w której firma przez lata zbierała dokładne lokalizacje użytkowników Androida nawet wtedy, kiedy wyłączali tę funkcję w ustawieniach. Dane surowe to lista kropek na mapie. Story to predykcja: gdzie mieszkasz, gdzie pracujesz, do którego kościoła chodzisz, do którego ginekologa, do której kliniki odwykowej. Google wygrał w 2024 roku wyrokiem stanu Waszyngton 391 milionów dolarów ugody. W zestawieniu z tym, ile warte są predykcje lokalizacyjne na rynku reklamy, to nie jest kara. To jest opłata za licencję.

Archiwum jako forma oporu

Istnieje termin, którym socjologowie mediów opisują zjawisko bliskie każdemu czytelnikowi prasy: news amnesia, medialna amnezja. Sprawa pojawia się na pierwszej stronie, zajmuje ją na dzień albo trzy, a potem — niezależnie od skali — jest wypierana przez następną. Po sześciu miesiącach większość czytelników nie pamięta jej w ogóle. Po dwóch latach nie pamiętają nawet dziennikarze, którzy ją relacjonowali. Kiedy za trzy lata pojawi się nowa, podobna sprawa, będzie traktowana jako bezprecedensowa. Ktoś w redakcji ewentualnie dopisze w pierwszym akapicie zdanie: „podobny przypadek miał miejsce w roku…" — ale sam mechanizm, który łączy te dwa przypadki, pozostaje niewidoczny.

To nie jest złośliwość mediów. To jest strukturalna konsekwencja modelu ekonomicznego prasy, która konkuruje o uwagę z tym samym feedem, który jest przedmiotem jej opisu. Redakcja, która wróciłaby w październiku 2026 do Cambridge Analytica — w którąś okrągłą rocznicę — nie zdobyłaby większego zasięgu niż redakcja, która wrzuca w tym samym czasie news o najnowszym wycieku danych z TikToka. Logika dystrybucji w sieciach społecznościowych premiuje świeżość. Archiwum nigdy nie jest świeże.

Dlatego robimy archiwum. Nie dlatego, że gardzimy newsem — bez codziennego dziennikarstwa nie byłoby tej bazy. Dlatego, że archiwum robi to, czego news nie może zrobić: ustawia sprawy obok siebie w czasie, pozwala porównać kary z 2018 z karami z 2026, daty ujawnienia ze skalą konsekwencji, reakcję regulatora francuskiego z reakcją regulatora irlandzkiego. Archiwum jest formą pamięci, którą media jako taki cykl codzienny strukturalnie tracą. A pamięć — tu zgadzamy się z Szymielewicz — jest jedyną przewagą, jaką czytelnik ma nad aparatem profilowania, który nie zapomina nigdy.

Każda karta w tej bazie jest pisana jak dokument referencyjny. Źródła są pierwotne: decyzje regulatorów, dokumenty sądowe, zeznania przed komisjami parlamentarnymi, oryginalne śledztwa dziennikarskie. Każda kwota, każda data, każdy cytat są weryfikowane w co najmniej dwóch niezależnych źródłach. Gdy fakty są niepewne, piszemy to wprost. Gdy postępowanie jest otwarte, oznaczamy status i datę ostatniej aktualizacji. Chcemy, żeby dziennikarz, który weźmie stąd cytat do tekstu, mógł na nim polegać. Żeby prawnik, który przytoczy kwotę w piśmie procesowym, nie musiał jej weryfikować trzy razy. Żeby akademik, który wstawi tę bazę do bibliografii, nie musiał tłumaczyć, dlaczego.

Dlaczego po polsku

Polskojęzyczne materiały o Big Techu istnieją. Fundacja Panoptykon przez siedemnaście lat wytworzyła ich — według naszych szacunków opartych na zescrapowanym korpusie portalu panoptykon.org — blisko trzy tysiące, nie licząc raportów i przewodników. Sylwia Czubkowska w Spider's Web i Techstorie prowadzi od lat jedno z najpoważniejszych polskich śledztw dziennikarskich o platformach, w tym flagową książkę Kto się boi Chin? z 2022 roku. OKO.press, Dziennik Gazeta Prawna — Elżbieta Rutkowska, Tomasz Pietryga, Sławomir Wikariak — Rzeczpospolita, Polityka, Kultura Liberalna publikują o tym regularnie. Istnieją tłumaczenia Shoshany Zuboff, istnieją raporty akademickie. Czego nie ma, to jednego miejsca, w którym dziennikarz, prawnik, nauczyciel czy student mogliby sięgnąć po referencyjnie ułożony zestaw faktów, dat, kwot i źródeł. Rozproszenie materiałów jest na tyle duże, że każda osoba, która próbowała napisać w polskiej prasie tekst o RODO wymagający sprawdzenia trzech spraw jednocześnie, wie, ile godzin zajmuje znalezienie tego, co powinno być dostępne w jednym kliknięciu.

Jest druga przyczyna, głębsza, polityczna. Polski czytelnik w historii Big Techu jest traktowany systematycznie jak peryferia. Dokumenty regulacyjne Unii Europejskiej dotyczą go wprost, ale rzadko są tłumaczone w całości. Ugody z amerykańskich pozwów zbiorowych — 725 milionów dolarów dla poszkodowanych w Cambridge Analytica, 650 milionów za naruszenie prawa stanu Illinois przez Facebooka, 1,4 miliarda za rozpoznawanie twarzy zasądzone przez stan Teksas w 2024 — nie obejmują jego roszczeń. Rozprawy przed TSUE, w których stawką jest prywatność setek milionów Europejczyków, są relacjonowane w polskiej prasie powierzchownie, często ze znaczną zwłoką.

W efekcie obywatel polski, którego dane są eksportowane do Doliny Krzemowej na tych samych warunkach co obywatela niemieckiego czy francuskiego, ma znacząco gorszy dostęp do informacji o tym, co się z tymi danymi dzieje. Szymielewicz ujęła to w 2024 roku, podsumowując sześć lat RODO, w formule, która jest dla nas robocza: „To, co w Europie miało status prawa człowieka, w Dolinie Krzemowej było uważane za nową ropę — trzeba wydobywać". Na styku tych paradygmatów musiało zaiskrzyć. I iskrzy — tyle że w Irlandii, w Luksemburgu, w Brukseli, nie w Warszawie.

Jest jeszcze trzeci powód, ten najbardziej niewygodny. Inwigilacja w Polsce nie jest równa inwigilacji w Stanach Zjednoczonych. Ma inne ramy prawne, inne służby, inne problemy. Polskie służby zgłaszają rocznie około dwóch milionów zapytań o dane telekomunikacyjne, bez kontroli sądowej, w trybie uprawnień retencyjnych, które od 2014 roku są niezgodne z prawem unijnym wskutek orzeczenia TSUE w sprawie Digital Rights Ireland. W 2017 roku CBA kupiło od izraelskiego NSO Group oprogramowanie Pegasus; jego celami były między innymi adwokat Roman Giertych i senator Krzysztof Brejza w trakcie kampanii wyborczej 2019. Od 2018 Społeczna Inicjatywa Narkopolityki walczy w polskich sądach z Facebookiem o przywrócenie konta zablokowanego bez procedury odwoławczej. W kwietniu 2025 zespół Panoptykonu — Wojciech Klicki, Dominika Chachuła, Katarzyna Szymielewicz, Artur Kula — złożył precedensowe wnioski do polskich telekomów o usunięcie swoich billingów; skargi idą teraz przez UODO do TSUE. W listopadzie 2025 prezydent Karol Nawrocki zawetował polską ustawę wdrażającą Akt o usługach cyfrowych; w kwietniu 2026 trwają nad nią trilogi między Kancelarią Prezydenta a rządem z udziałem Panoptykonu jako głosu niezależnych ekspertów.

Żadna z tych spraw nie jest w tej bazie pierwszej edycji. Matryca — w wersji, którą dziś publikujemy — dokumentuje inwigilację korporacyjną, nie państwową. Robimy to świadomie: chcieliśmy zbudować najpierw spójną podstawę globalną, zanim warstwowo dołożymy polską specyfikę. Zapowiadamy to wprost, bo należy się to czytelnikom. Kolejne edycje — i drzwi „KRONIKA POLSKA" w planie rozwoju portalu — będą archiwum Pegasusa, retencji, sprawy SIN, profilowania bezrobotnych (algorytm z 2015 roku, uznany przez Trybunał Konstytucyjny w 2018 za częściowo niezgodny z konstytucją), weta Nawrockiego. Ta baza nie zrównoważy asymetrii, w której amerykański obywatel ma pozew zbiorowy i FTC, a polski — organ regulacyjny, który w praktyce deleguje egzekucję do Dublinu. Chce być jednak punktem, w którym ta asymetria staje się widoczna i policzalna.

Pięć drzwi, cztery głosy

Portal Matryca ma pięć wejść, które traktujemy jako równoprawne: mapę świata z pinami regulatorów (GDZIE), oś czasu 2010–2026 (KIEDY), graf powiązań spraw (DLACZEGO), galerię sygnalistów i dziennikarzy (KOGO), siatkę 33 kart z filtrami i wyszukiwarką (CO). Nie jest to dekoracja. Jest to stanowisko metodologiczne. Problem, którym się tutaj zajmujemy, nie ma jednej właściwej ścieżki lektury — bo nie ma jednej właściwej ramy. Prawnik czyta przez jurysdykcję. Akademik — przez mechanizm. Obywatel — przez listę rzeczy, które może zrobić. Dziennikarz — przez sygnalistów i wątki. Projektując pięć drzwi, nie mówimy, że każdy styl lektury jest tak samo dobry. Mówimy, że każdy jest prawowity, a baza musi dać im równą wydajność.

Cztery głosy — cztery eseje otwierające — pokazują cztery sposoby budowania argumentu z tego samego materiału. Prawnik rozkłada konstrukcję RODO i pokazuje, dlaczego rekord 1,2 miliarda euro jest rekordem proporcji 0,7 procenta. Organizacja praw człowieka wraca do ramy, którą udało się zepchnąć: że to, co robi Big Tech, nie jest problemem komfortu użytkownika, lecz prywatyzacją infrastruktury politycznej. Obywatelka — nie prawniczka, nie aktywistka, nie osoba z branży — opisuje, co z tego wynika dla niej, z listą konkretnych, codziennych porządków. Ten głos — redakcyjny — mówi o tym, dlaczego w ogóle archiwum.

Nie uważamy, że są to jedyne cztery głosy. Ani że są to głosy najlepsze. Są to cztery głosy, które jako redakcja umieliśmy wyartykułować w pierwszej edycji portalu — i które, postawione obok siebie, same są stanowiskiem. Bo problem, który opisujemy, nie jest wyłącznie technologiczny, nie jest wyłącznie prawny, nie jest wyłącznie obywatelski. Jest wszystkim naraz. I dlatego jedna perspektywa — nawet najlepsza — nie może go objąć.

Czym ta baza nie jest

Nie jest serwisem informacyjnym. Nie aktualizujemy codziennie, nie gonimy cyklu wiadomości, nie przekazujemy niezweryfikowanych plotek. Każda karta jest pisana jako dokument referencyjny — tak, żeby mogła zostać zacytowana w artykule prasowym, w piśmie procesowym, w pracy magisterskiej, w uchwale rady rodziców szkoły gimnazjalnej.

Nie jest teorią spiskową. Nie twierdzimy, że istnieje jedno centrum decyzyjne sterujące Big Techiem. Twierdzimy coś znacznie mniej dramatycznego i znacznie trudniejszego do obalenia: że struktury rynkowe, regulacyjne i technologiczne, w których poruszają się wielkie firmy platformowe, tworzą silne i spójne bodźce do określonych zachowań — a zachowania te, udokumentowane, skatalogowane, zmierzone, układają się w powtarzalną i przewidywalną matrycę. Nie ma spisku. Jest logika przychodów z reklam, marży brutto, cyklu produktowego i asymetrii lobbingowej, w której pięć firm wydaje na Brukselę 50 milionów euro rocznie, a cała koalicja europejskich organizacji praw cyfrowych — ułamek tej kwoty.

Nie jest wezwaniem do luddyzmu. Nie postulujemy powrotu do świata sprzed internetu. Nie namawiamy do usuwania kont, wyrzucania telefonów, wypisywania się ze wszystkiego. Każdy z redakcji Matrycy korzysta z co najmniej kilku usług opisanych w tej bazie — alternatywy są często niepraktyczne albo zamknięte w niszach, a w niektórych przypadkach nie istnieją wcale. Cel nie jest moralny, tylko epistemiczny: pokazać, jak to działa, żeby można było podejmować decyzje z otwartymi oczami. Świadomość nie gwarantuje wolności. Jej brak gwarantuje jej brak.

Dla kogo i czego oczekujemy

Baza jest pisana z myślą o czterech kręgach odbiorców. Dziennikarze dostają gotową bibliografię z linkami do dokumentów pierwotnych, tabelarycznie zestawione kary, chronologię zdarzeń, nazwiska sygnalistów, które można zweryfikować. Prawnicy i mediatorzy — zestawienie precedensów, podstaw prawnych i jurysdykcji, ułożone tak, żeby można je było wykorzystać w argumentacji albo w przygotowaniu pozwów zbiorowych. Nauczyciele i wykładowcy — materiał do warsztatów z etyki technologii, prawa prywatności, dziennikarstwa śledczego; każda karta ma strukturę powtarzalną, co ułatwia porównywanie. Obywatele — sekcję „Wnioski dla obywateli" z konkretnymi krokami, które można podjąć w ciągu jednego popołudnia.

Nie uważamy, że każdy z tych kręgów będzie czytał bazę tak samo. Nauczyciel szuka przykładu do lekcji. Adwokat — precedensu do pozwu. Rodzic — informacji o TikToku. Student — cytatu do pracy. Wszyscy mają prawo znaleźć to, po co przyszli, bez przedzierania się przez ideologiczną warstwę, której w kartach świadomie nie ma. Tezy są w tekstach wprowadzających. W kartach są fakty.

Najciekawszy moment tej pracy nie jest za nami — jest przed nami. Moment, w którym baza zostanie wykorzystana. Kiedy dziennikarka weźmie stąd trzy fakty i napisze tekst, który my napisalibyśmy inaczej. Kiedy adwokat zacytuje zestawienie kar w wystąpieniu na rozprawie. Kiedy nauczycielka liceum pokaże klasie kartę Cambridge Analytica, a jej uczniowie zauważą, że podobny mechanizm widzą w TikToku. Kiedy urzędnik UODO znajdzie tu argument, którego potrzebował. Kiedy użytkownik Facebooka zamknie konto — albo, co jest równie dobrym wynikiem, nie zamknie, ale zmieni ustawienia prywatności, o których nie wiedział, że istnieją.

Wracamy na koniec do miejsca, od którego zaczęliśmy. Szymielewicz, pisząc w 2019 roku A New Deal for Data, używała sformułowania, które warto w Polsce spopularyzować: citizens-users. Nie klient, nie konsument, nie użytkownik. Obywatel-użytkownik. Jest w tym zdaniu zawarte stanowisko, którego ta baza nie nakazuje, ale które zakłada: że pozycja, z której czytamy karty, jest pozycją obywatela w demokracji, nie pozycją konsumenta na rynku. Z tej pierwszej pozycji wynikają inne pytania, inne żądania, inny język i — ostatecznie — inne prawo.

Jesteśmy biomasą tylko wtedy, kiedy się nią zgadzamy być. Ta baza jest próbą — jedną z wielu, w towarzystwie dużo starszym i dużo poważniejszym od naszej redakcji — pokazania, gdzie ta zgoda jest wymuszona, gdzie jest domniemana, a gdzie jest realna. 33 sprawy. Cztery głosy. Pięć drzwi. Reszta zależy od tego, co z tego zrobicie.